Podziemny Świat Labiryntów Tygrysa +3

[Archiwum] Sesja druga

Sieczka

(wersja tl;dr na końcu)

                Rodiger obudził się w celi lochu, pośród piwnicznej wilgoci i ludzkiego smrodu. Piwnica nie była duża, mieściła ledwie jedną celę, oddzieloną od krótkiego korytarza metalowymi prętami. Całość oświetlały słabo dwie pochodnie, w których świetle siedziało dwóch strażników, grających w kości. Koło jednego leżała kolczuga wojownika, a koło drugiego miecz. Monety i pas z ekwipunkiem walały się na stole.

                -W co gracie? – zapytał Rodiger, trzymając dłoń przy obolałej skroni.

                -Stul pysk!

                Rozejrzał się. W celi były jeszcze trzy osoby. Jeden skatowany, nieprzytomny elf i dwóch skulonych w kącie ludzi.

                Zagrzechotały kości.

                -Moglibyście grać ciszej, głowa mnie boli.

                -Zamknij się albo oberwiesz!

                Kości znów potoczyły się po stole, tym razem głośniej. Skrzywił się, po czym podniósł się ciężko i podszedł do prętów. Dwa złapał w dłonie, o trzeci oparł głowę. Był przyjemnie zimny.

                -To moje rzeczy?

                -Stul pysk!

                Obrócił głowę, by kątem oka zobaczyć skulonych ludzi. Szeptali coś między sobą. Rodiger westchnął, złapał za dwa sąsiednie pręty i zaczął je rozciągać, robiąc sobie drogę ucieczki. Pokaz siły na tyle zaskoczył strażników, by dać wojownikowi czas na przeciśnięcie się na korytarz. Gdy w końcu dotarło do nich, co się wydarzyło, zerwali się z miejsc, przewracając stołki, i sięgnęli po broń. Jeden po pałkę, drugi po wygrany w kościach miecz więźnia. Gdy pałkarz rzucił się do schodów, by podnieść alarm, drugi ruszył na uciekiniera. Rodiger zwinął się w uniku, odruchowo osłaniając tułów i gardło umięśnionymi rękoma. Ostrze błysnęło w blasku pochodni i przecięło skórę na przedramionach wojownika, ten jednak nawet tego nie poczuł, tylko doskoczył do wroga, trzasnął go sierpowym w szczękę i poprawił łokciem w gardło. Człowiek opadł na ziemię jak wór ziemniaków, metal zabrzęczał o kamienie.

                -Więzień ucieka! – Echo okrzyku dobiegło ze schodów prowadzących do reszty budynku.

                Rodiger poderwał broń z ziemi i czekał.

 

                Gdy strażnik wpadł do głównego pomieszczenia komisariatu, było w nim trzech strażników, przy czym tylko jeden uzbrojony, oraz troje dziwnie wyglądających ludzi.

                -…żeby się pożegnać – mówił właśnie roztrzepany mężczyzna w magicznej, płonącej szacie.

                -Więzień ucieka! – krzyknął strażnik i momentalnie zniknął z powrotem w klatce schodowej. Strażnicy w sali zerwali się z miejsc, a jedyny uzbrojony ruszył za towarzyszem. Był już przy drzwiach, gdy plecy jak bat przecięły mu jęzory ognia. Cios zwalił go z nóg, a ból i swąd spalonego ciała przyćmiły mu cały świat.

                Rozpętało się piekło. Sylanna ruszyła z włócznią na jednego ze strażników i już miała uderzyć, gdy coś zabrzęczało a oręż zahaczył o coś, dając mężczyźnie wystarczająco dużo czasu, by doskoczyć do kobiety i trzasnąć ją w twarz. Coś syknęło w pomieszczeniu i na deski spadł trup ze strzałą w gardle. Strażnik nie zwracał jednak uwagi na otoczenie i dalej nacierał na druidkę. Ta próbowała bronić się, lecz on tylko docisnął jej podnoszącą się w ciosie rękę do ziemi butem i unosił już drugą nogę do kopnięcia, gdy otoczyły go jęzory ognia, wijące się jak macki pradawnej istoty. Nim spostrzegł, co się dzieje, macki wystrzeliły ku jego głowie, która wybuchła, rozerwana mocą zaklęcia. Smród spalenizny i krwi zalał salę, a fragmenty czaszki i mózgu rozbryznęły się po ścianach, suficie i powalonej kobiecie.

 

                Do lochu wpadł strażnik i z miejsca uderzył pałką. Rodiger próbował blokować, jednak rany na przedramionach odezwały się rwącym bólem, przez co wojownik zdołał jedynie osłabić cios na tyle, by nadal być w stanie rzucić ciało naprzód za niezgrabnym cięciem, wymierzonym w gardło. Krew bryznęła z rany, strażnik zacharczał w bólu, spadając na posadzkę lochu.

 

                Wojownik zebrał szybko swoje rzeczy i ruszył kamiennymi schodami na górę, gotowy do dalszej walki. Gdy wszedł na parter komisariatu, spodobało mu się to, co zobaczył. U jego stóp ledwo czołgał się człowiek, z  podłużnymi pręgami wypalonymi w pancerzu i na plecach. Na środku leżał strażnik, broczący krwią z przeszytego strzałą gardła. Wisienką na torcie było jednak bezgłowe ciało, dymiące z przypalonego kikuta szyi, spod którego właśnie wyczołgiwała się, pokryta fragmentami kości i mózgu, Sylanna.

                Rodiger wbił powoli miecz w jedną z pręg na plecach człowieka u jego stóp, dokładnie czując, jak ostrze przechodzi przez kolejne tkanki, zahaczając o kości, jak ciało ofiary szarpie się w spazmach bólu, by w końcu kompletnie przestać się ruszać. Wojownik przytrzymał butem ciało przy podłodze, wyciągnął miecz i otarł go o wystający spod kolczugi fragment rękawa przeszywanicy. Oręż syknął po tym w pochwie.

                -I to rozumiem! – zawołał mężczyzna, rozrzucając z zadowoleniem ramiona.

                -To może i rozumiesz, ale jak stąd wyjdziemy? Frontowymi drzwiami? Sylanna wygląda jak z rzeźni! – zaczął krzyczeć Xanax.

                -Może zdejmę pancerz? – wymamrotała Sylanna, nadal nieco zdezorientowana po ciosie.

                -Nie mam nic przeciwko… – mruknął mag.

                -Widziałaś swoją twarz? – zapytał Rodiger, zaplatając ramiona na piersi. Nawet jeśli czuł ból, to nie dawał tego po sobie poznać.

                -Może się zmienię… – mruczała dalej Sylanna, trzymając jedną dłoń przy krwawiącym nosie.

                -Ta, w niedźwiedzia, to w ogóle nie będzie dziwne – stwierdził Rodiger.

                -W psa – wtrącił Xanax – Nikogo nie zdziwi widok psa, nawet pobitego.

                Sylanna zmieniła się w psa.

                -Możemy już iść? – pyta ze zniecierpliwieniem Rodiger.

                -Nie, jeszcze nie. Potrzebujemy przebrań. Sprawdźcie szafki.

                -Jak znajdziemy mundur dla psa? – zapytał wojownik.

                -Naprawdę jesteś tak tępy?

                Rodiger wzruszył ramionami.

                Cała drużyna, z wyjątkiem Sylanny, przebrała się w mundury straży.

                -Musimy uciekać z miasta – stwierdził Xanax, patrząc krzywo na brata.

                -Może spróbujmy dowiedzieć się czegoś o Ilii? – zaszczekał pies.

                -Wiecie, gdzie dowiemy się czegoś o Marklinie? W Akademii Magów, uczył się w Gryffindom, ale najpierw możemy sprawdzić tutaj. Idziemy, to nie daleko.

                Drużyna wyruszyła, klucząc dla bezpieczeństwa bocznymi alejkami i wykorzystując zdolności Nory do zacierania śladów. Droga była spokojna, dopóki bohaterowie nie byli już u celu. Wtedy bowiem kot Nory nagle wyskoczył z jej kaptura i pobiegł w sobie tylko znanym kierunku.

                -Suski! – krzyknęła Nora i momentalnie ruszyła za zwierzęciem, a zaraz po niej także Sylanna, jakby nie do końca świadoma, że jest psem. Bracia spojrzeli po sobie porozumiewawczo i nieśpiesznie pobiegli za towarzyszkami.

                Nora pędziła co sił po śladach Suskiego, nawołując go między rytmicznymi oddechami i wydechami, aż dogoniła go, akurat gdy ten ocierał się o nogi mężczyzny, dyskutującego o czymś z woźnicą przy zapakowanym po brzegi wozie.

                Mężczyzna spojrzał na zwierzę, uśmiechnął się nieznacznie, po czym skierował wzrok na wybiegającą z alejki kobietę. Rozpoznał ją z miejsca, nawet pomimo strażniczego munduru.

                -Nora! – zawołał – Dawno się nie widzieliśmy! Co u ciebie? – zapytał, nagle kompletnie ignorując woźnicę, który wzruszył ramionami, wdrapał się na wóz i uderzył lejcami zady mułów.

                -Wszystko dobrze – odpowiedziała Nora, podnosząc kota z ziemi. W jej głosie nie było nawet śladu zmęczenia. -Suski rośnie. – Zwierze ułożyło się ponownie w kapturze łowczyni i zaczęło mruczeć.

                -Najwyraźniej dobrze go karmisz. Może wpadniesz kiedyś do pracowni? Interes co prawda podupadł przez… – Mężczyzna wbił wzrok w mundur straży oraz spojrzał na doganiających Norę dwóch mężczyzn w uniformach. Zrobił grymas, jakby przeżuwał i połykał jakieś słowo, po czym odezwał się ponownie, jednak z dziwnie zmienionym tonem: – …politykę. Ale jeszcze się odbiję.

                -Chętnie, jak tylko będę miała wolny czas.

                -Czemu nie teraz?

                Nora nabierała już powietrza, by coś powiedzieć, gdy na miejsce dobiegł najpierw pies, a potem dwóch mężczyzn w uniformach. Znajomy Nory skrzywił się.

                -Spokojnie, są ze mną. Xanax, Rodiger, to Herbitussin, mój zaprzyjaźniony alchemik. Herbitussinie, to Xanax i Rodiger, moi… – Nora zastanowiła się przez chwilę nad doborem słów. – …towarzysze.

                -Alchemik – Xanax jakby oblizał to słowo – Dobrze słyszałem, że była mowa o jakiejś pracowni? Chętnie rzuciłbym okiem na twoje laboratorium. Może nawet wymienilibyśmy się paroma formułami.

                -Kolega po fachu? – szczerze zdziwił się alchemik, skacząc wzrokiem między mundurem a wyraźnie szaloną twarzą rozmówcy.

                -Mag.

                -Jakiej specjalizacji? – Wydawało się, że Herbitussin nie może być bardziej zdziwiony.

                -Piromancja.

                -Ym… – zawahał się alchemik, lecz Xanax dodał szybko:

                -Ale miałem zajęcia z alchemii.

                -A, no dobrze – stwierdził bez przekonania przyjaciel Nory – W takim razie zapraszam. – Uśmiechnął się do łowczyni. – Za mną.

 

                Dom, w którym mieszkał alchemik wyglądał tak, jak każde inne miejsce, które miało coś wspólnego z alchemią, a nie było obłożone odpowiednią magią ochronną. W oknach brakowało szyb, a nad ich ciemnymi wnękami były ciemne ślady po płomieniach, a cała okolica wydawała się dziwnie opuszczona.

                Herbitussin podszedł do drzwi i zaczął po kolei otwierać trzy różne zamki. Wpuścił do środka drużynę Nory, po czym sam szybko przemknął przez próg i zamknął drzwi na wszystkie zamki, ale również zasuwę i łańcuch, czemu towarzyszyła seria metalicznych szczęków.

                -Trzeba chronić geniusz – zaśmiał się sztucznie alchemik, po czym uraczył bohaterów wodą, a następnie zaproponował, że pokaże, nad czym obecnie pracuje. Gdy otwierał drzwi do piwnicy, usłyszał dziwny, cichy dźwięk, a gdy obrócił głowę, by zobaczyć co to, zauważył, że w miejscu poobijanego psa znajduje się poobijana druidka.

 

                Rodiger został na parterze, w pomieszczeniu noszącym liczne ślady spalenizny. Przez dziurę w policzku, specyficznie przechylał głowę, gdy pił. Słyszał, że jego brat i alchemik rozmawiają o czymś w piwnicy, jednak nie chciało mu się nawet próbować zrozumieć wypowiedzi mężczyzn. Już dawno doszedł do wniosku, że mowę magów nie koniecznie rozumieją sami magowie, a co dopiero zwykli ludzie.

               

                Nagle rozległo się pukanie do drzwi, potem drugie. Coś zaszeleściło w piwnicy, po czym z prowadzących do nich drzwi wybiegł alchemik z magiem. Sylanna ponownie zmieniła się w psa, a Nora ukryła się w kuchni, sąsiadującej z salonem.

                Herbitussin podszedł do drzwi, odblokował je i uchylił na tyle, na ile pozwalał łańcuch. Po drugiej stronie był przynajmniej jeden strażnik, który z miejsca zaczął kłócić się z alchemikiem o jakiś haracz. Gdy kłótnia przedłużyła się na tyle, że przekroczyła cierpliwość strażnika, drzwi otworzyły się z hukiem pod kopnięciem stróża prawa, równocześnie rzucając gospodarza na ziemię. Zaraz po tym próg przekroczył trzyosobowy patrol straży.

                Rodiger poderwał się z miejsca i podszedł do nich.

                -Panowie, zostawcie go. Już zabraliśmy haracz – powiedział, stając przy jednym z intruzów.

                -Tak?! Nie znam cię, to chyba nie twoja dzielnica. Z którego jesteś posterunku?

                Rodiger zawahał się.

                -Z żadnego – wycedził strażnik – Bo nie jesteś ze straży. Ukradłeś ten mundur!

                -Trupów nie da się okraść – uśmiechnął się paskudnie wojownik, układając dłoń na mieczu.

                Pies zawarczał, mignęło ostrze, mignęła bura smuga futra i na sufit bryznęła krew. Czerwień wykwitła na boku twarzy strażnika, gdy o ziemię uderzyło skamlące żałośnie zwierze z posklejanym posoką futrem na boku. Rodiger zawahał się przez ułamek sekundy, lecz to wystarczyło, by strażnik rzucił jego osłabione ranami ciało na kolana ciosem pałki. Liczył, że teraz jeden ze strażników stanie w płomieniach a drugi padnie ze strzałą w gardle, lecz nic takiego się nie stało. Wiedział, że osłabiony i bez wsparcia nie ma szans, że wrogowie mają inicjatywę, rzucił się więc w tył, wyszarpnął z torby flaszkę, odkorkował ją zębami i wlał całą miksturę do gardła, powstrzymując odruch wymiotny. Usłyszał wściekły okrzyk Nory, która właśnie szarżowała z łukiem w jednej i mieczem w drugiej ręce na dowódcę patrolu. Dopadła go równocześnie z ognistym pociskiem, którego eksplozja rzuciła płonącego trupa na ciężko ranną druidkę. Łowczyni ruszyła ratować towarzyszkę, a Rodigera przeszedł silny dreszcz, rany zapiekły jak przypalane a serce przyśpieszyło. Mikstura zaczęła działać. Wojownik poderwał się z ziemi ze zwierzęcym rykiem i jednym ciosem miecza przepołowił najbliższego strażnika.

                Ostatni żywy strażnik podbiegł do oniemiałego nagłą bitwą alchemika, szarpnął go z ziemi i przyłożył nóż do gardła. Xanax wypuścił z dłoni snop płomieni, lecz szybko przerwał zaklęcie gdy dostrzegł, że po szyi zakładnika zaczyna spływać stróżka krwi.

                -Ruszcie mnie, a zarżnę go jak świnię! – zagroził strażnik, wycofując się powoli w stronę drzwi wejściowych. Rodiger opuścił miecz i spojrzał na Norę, która teraz zdawała się jedyną nadzieją na uratowanie zakładnika. Ta właśnie kończyła z nie wyjaśnionych przyczyn nakładać cięciwę na łuk, po czym szybko nałożyła na nią strzałę i strzeliła bez celowania.

                Strzała szybowała rozedrgana w powietrzu, obracana wokół własnej osi przez lotki. Żelazny grot ciął z sykiem powietrze, po czym z ogromną łatwością wgryzł się w skórę, przebił warstwę tłuszczu, przeszył krtań i warstwę mięsa, by wcisnąć się między kręgi karku i przerwać swym trójkątnym czubkiem rdzeń kręgowy.

                Ciało ugodzonego strzałą spadło bezwładnie na ziemię, a nóż strażnika wbił się w podłogę u stóp Herbitussina, zamarłego w przerażeniu.

                Xanax rzucił się do drzwi, by zatrzasnąć je z impetem.

                -Musimy się śpieszyć – rzuca – Coś przed chwilą skanowało to miejsce.

*

tl;dr

Rodiger uwolnił się za lochu i wraz z drużyną wywalczył sobie drogę ku wolności (2 xp dla Sylanny za walkę). Bohaterowie ruszają do Akademii Magów, by dowiedzieć się czegoś o Ilii Marklinie, lecz spotykają starego znajomego Nory – alchemika Herbitussina, który zaprasza przyjaciółkę i jej towarzyszy do swego domu. Xanax z Herbitussinem omawiają eksperymenty, gdy do drzwi pukają strażnicy, którzy przyszli odebrać haracz. Po nie udanej próbie perswazji (1 xp dla Rodigera) dochodzi do walki (+1 xp dla Xanaksa, Nory i Sylanny, -1 mikstura lecznicza dla Rodigera), w której ginie cały patrol. W między czasie Xanaks wyczuwa, że ktoś za pomocą magii skanuje dom alchemika. Po zakończonej walce, Nora, Xanax i Rodiger przeszukują zabitych. Rodiger zabiera z jednego z trupów miecz, a Nora z Xanaksem znajduję małe magiczne przedmioty.

Comments

Jaggred Jaggred

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.