Podziemny Świat Labiryntów Tygrysa +3

[Archiwum] Sesja pierwsza

Początek przygody

(wersja tl;dr na końcu)

                Powietrze wypełniał zapach wysuszonego, płonącego drewna, gdy ku błękitnemu niebu pięły się popielate słupy dymu. Podniecony ryk tłumu zagłuszał setki, tysiące par nóg w butach i bez, tupiące o bruk miejskich uliczek. Harrison’s Hold – pradawny moloch, stolica królestwa, zawsze pełny ludzi – przeszedł wiele, jednak mury nawet najstarszych z kamienic nie pamiętały czegoś takiego. Moloch został powalony przez mrówki, które teraz pędziły krwiobiegiem alejek ku jego sercu – rynkowi.

                Centralny plac miasta, położony u stóp pałacu królewskiego o wieżach krytych błyszczącymi w słońcu dachówkami, był bury od ludzi. Na morzu z ludzkich, elfickich, krasnoludzkich i niziołczych głów wyróżniały się trzy wyspy. Pierwszą był spiżowy posąg króla Adriana z dynastii Morbidów, ostatkami sił próbujący utrzymać swą dawną dostojność, pomimo spętania powrozami i szarpiących nimi ludźmi. Drugą było wzniesione pobieżnie podwyższenie, otoczone czerwoną rafą identycznie ubranych zbrojnych. Mogłoby się zdawać, że przedstawiany był właśnie jakiś spektakl, którego groteska wchodziła już w sferę absurdu, bo oto odarty z szat, brudny i posiniaczony król klęczał przy zakrwawionym pieńku z katem u boku, podczas gdy nad tłumem górował dumnie wyprostowany mężczyzna, właściwie wyłysiały, ale z bujnym zarostem, za którym stała cała jego rodzina. To jednak nie było przedstawienie. Król rzeczywiście był królem, kat katem, a człowiek odziany trochę jak bogaty handlarz, a trochę jak kapłan, nazywał się Ilja Marklin i był przywódcą niedawno rozgorzałej rewolucji.

                Ostatnią wyspą był niewielki krąg, w którym stały zaledwie cztery osoby. Pierwszą z nich, a za razem będącą centrum kręgu, był Xanax. Ten szczupły mag, odziany w szatę z eterycznych płomieni, nawet nie próbował ukryć swego szaleństwa, choć starał się utrzymać pozory elegancji, która jednak stawała się karykaturą samej siebie, zwłaszcza w połączeniu z wypalonym na odsłoniętej piersi znamieniem demona. Czarodziej wbijał ognisty wzrok w dyktatora, myśląc o tym, jak bardzo chciałby być na jego miejscu. Obok stała kobieta w długim płaszczu z kapturem, który barwą przypominał sierść sarny. Nawet luźna koszula czy spodnie, wciśnięte w kozaki, nie były w stanie ukryć jej smukłej sylwetki, w której wprawne oko mogłyby dopatrzeć się cech tak ludzkich, jak i elfickich. Przez pierś przewieszony miała myśliwski łuk i kołczan ze strzałami, podczas gdy u pasa wisiał jej miecz. Była to Nora, łowczyni z Wielkiego Lasu, dobrze znana w pewnych kręgach, czy to przez swoją miłość do natury, czy też oczy, podobne ślepiom zwiniętego w jej kapturze kota o bujnym, brązowym futrze i imieniu Suski. Przy niej, nie mogąc oderwać wzroku od śpiącego zwierzęcia, stała kolejna postać. Na głowę narzucony miała podszytu futrem kaptur kurty z wytartej skóry, spod której wystawała futrzana kapota, kończąca się tuż nad sięgającymi kolan, wiązanymi butami. Kapota była rozcięta na bokach, by nie ograniczać ruchów oraz dostępu do skrytego w pochwie na udzie sztyletu. Surowa konstrukcja stroju z miejsca zdradzała druida, czy raczej druidkę – Sylannę. Kobieta, co typowe dla ludzi jej rodzaju, była zbyt przywiązana do natury, by pozwolić sobie na nawet najmniejsze marnotrawstwo czegoś tak świętego, jak ciało żywej istoty.  Czwarty był mężczyzna oblany zmatowiałą, ciemną kolczugą, spod której wystawała brązowa przeszywanica. Nad wąskimi biodrami miał czarny, skórzany pas z odciśniętymi wzorami plecionek, zmieniających się płynnie w wilki, zakończony klamrą i ozdobnym okuciem z czerniejącego srebra. Przy pasie wisiała mu skórzana torba, prosta pochwa z mieczem pozbawionym ozdób oraz hełm, noszący liczne ślady stoczonych bitew. Jednak tym, co najbardziej rzucało się w oczy u Rodigera, była jego twarz. Paskudne blizny i deformacje, będące skutkiem ognistego gniewu brata wojownika – maga Xanaxa – obejmowały całą lewą połowę twarzy mężczyzny. Więc gdy prawej stronie charakter nadawały masywna szczęka, solidny łuk brwiowy nad głęboko osadzonym okiem, przysadziste czoło i krzywy nos; to lewa była pomarszczona i ponaciągana, cała w zgrubieniach, jakby stopiona, z żółtymi zębami, widocznymi przez dziurę w policzku. Jakimś cudem wojownik dobrze widział na oboje oczu.

                Pomnik króla zadudnił o ziemię, niczym dzwon, obwieszczający koniec epoki. Tłum zaniósł się okrzykami radości i nienawiści do dynastii. Zabiły bębny, tłum ucichł. Słychać było jedynie okrzyk orła, krążącego nad rynkiem niczym boski obserwator.

                -Towarzysze! – zahuczał Ilja z podwyższenia, rozkładając szeroko ręce, jakby chcąc objąć wszystkich zgromadzonych – Oto kończy się era zbrodniczego ucisku! My, proletariusze całego państwa, zjednoczeni wspólnym celem, wspólnym wrogiem, obaliliśmy stary porządek! Nadchodzi era wolności i swobód, błogosławionych przez boga  Szaroseta, którego jestem wysłańcem! Tego samego, którego majestat opluwali kłamliwi kapłani w ich burżuazyjnych świątyniach zepsucia! W blasku nowego porządku, chwale i mądrości władzy naszej, proletariackiej, pójdziemy dumnie…

                Rodiger nie słuchał przemówienia, nudziło go. Żeby czymś się zająć, wyjął z torby u pasa sakiewkę z pieniędzmi i zaczął ją podrzucać w dłoni, rozglądając się obojętnie po otaczających go zgromadzonych, co jakiś czas zatrzymując wzrok na bracie, zapatrzonym w mówcę.

                Ktoś wybiegł z tłumu. Smuga czegoś wzrostu dziecka przemknęła koło wojownika, pochwyciła sakiewkę na szczycie rzutu i zaraz z powrotem zniknęła pośród ludzi. Rodiger nie czekał, ruszył biegiem za niziołkiem, przebijając się bezceremonialnie przez tłum. Złodziej był szybki i z wyćwiczoną wprawą lawirował między zgromadzonymi, jednak to nie było w stanie uchronić go przed rozgniewanym człowiekiem, który dopadł do niego, chwycił mocno za ubranie, podniósł w biegu, wypadł z tłumu i z rozpędu walnął niziołkiem o ścianę kamienicy. Rodiger przekręcił lewą pięść, wykręcając koszulę więźnia, nastawił do niego oszpeconą część twarzy i zawarczał:

                -Dawaj sakiewkę po dobroci, albo i tak ją odzyskam, ale ty już tego nie zobaczysz. Wybieraj.

                -Spokojnie! Spokojnie! – Niziołek ani trochę nie był zbity z tropu, choć spojrzenie miał trochę mętne. – Oddam ci ją, tylko mnie puść. – Mówiąc to, położył sakiewkę na prawej dłoni człowieka.

                Rodiger zastanowił się, jaka jest szansa, że karzeł ponownie spróbuje go okraść.

                Złodziej spadł na ziemię z zaskakującą gracją, po czym błyskawicznie zniknął w tłumie, zostawiając sakiewkę na dłoni wojownika. Ten schował pieniądze z powrotem do torby przy pasie, a kątem oka zobaczył zakapturzoną sylwetkę, przeskakującą nad pobliską uliczką. Odwrócił się, by wrócić do kompanów, lecz spostrzegł, że w jego stronę idzie troje strażników. Postanowił poczekać i dowiedzieć się, czego chcą, a w między czasie zmierzył ich wzrokiem. Cała trójka była w skórzanych pancerzach. Jeden z nich miał halabardę, dwóch pozostałych pałki.

                -Dzień dobry, obywatelu. Czemu zaczepialiście tamtego niziołka? – zapytał ten z halabardą, gdy pozostali ustawili się po bokach  Rodigera.

                -Okradł mnie.

                -Ale to nie możliwe.

                -Niby czemu?

                -Bo w tym mieście nie ma przestępstw.

                -Cóż, najwyraźniej są, skoro mnie okradziono.

                -W takim razie czemu nie zwróciliście się do władz?

                -A co władze niby by zrobiły?

                -Złapały i ukarały sprawcę.

                -Jasne…

                -Obywatelu, zechcecie w takim razie pójść z nami na komisariat – stwierdził, nie zapytał, strażnik.

                -Po co?

                -Żeby omówić zdarzenie.

                -Możemy to zrobić tutaj.

                -Tam będzie cisza i spokój.

                -Tu jest dobrze.

                -Ale zakłócalibyśmy przemówienie dyktatora.

                 Rodiger spojrzał na Ilję, przemawiającego płomiennie z podwyższenia.

                -Nie wygląda, byśmy mu przeszkadzali.

                -A jednak.

                -No, już – włączył się jeden z pałkarzy, a wojownik poczuł na plecach szturchnięcie pałką – Idziemy.

                -A jeśli powiem wam, że nie zamierzam z wami nigdzie iść?

                -Obywatelu, proszę nie stawiać oporu…

                Rodiger ocenił sytuację. Nie wierzył, żeby mieli zamiar z nim rozmawiać na komisariacie, ale było już za późno na ucieczkę, a, jakkolwiek kuszące mu się to wydawało, zarąbanie strzech strażników przy takiej ilości ludzi nie wchodziło w grę. Wojownik zgodził się więc pójść ze strażnikami, a ci wprowadzili go w jedną z ulic odchodzących z rynku.

                W tym czasie Ilja skończył przemawiać, a kat skrócił dynastię Morbidów o głowę, która jeszcze brocząca krwią została zabrana, by stać się nową ozdobą murów obronnych. Tłum rozluźnił się i zaczął opuszczać rynek, co nadzorowali ludzie w czerwonych koszulach, zwani Biesami. Troje towarzyszy  Rodigera spostrzegło, że wojownika nadal nie ma, zaczęli więc go wypatrywać. W końcu Nora zauważyła, jak człowiek opuszcza rynek w towarzystwie trzech strażników. Grupa ruszyła za nimi.

                Stróże prawa prowadzili „obywatela” stosunkowo pustą i obskurną ulicą, od której co jakiś czas odbijała jakaś wąska alejka, cuchnąca moczem, wymiocinami oraz starą krwią. Mijając jedną z nich, Rodiger uznał, że to jego szansa. Zerwał się do biegu, bez trudu wyrywając się trzymającemu go za ramię strażnikowi, i wpadł do uliczki nie szerszej niż ciasno ściśnięte trzy osoby. Stróże ruszyli za nim, wymachując pałkami i próbując trafić go w biegu, lecz ten zbyt szybko zwiększył dystans, by mogli mu cokolwiek zrobić. Wojownik dobiegł do połowy uliczki, zatrzymał się nagle i odwrócił, dobywając miecza. Ostrze zdawało się błyszczeć nawet w cieniu budynków.

                Strażnicy nie wahali się. Szybko sformowali klin z halabardzistą na czele, który zaraz po złapaniu dystansu ciął z góry. Rodiger uniósł miecz do bloku i zrobił krok w bok. Blok nie był potrzebny, halabrada z nieprzyjemnym stuknięciem uderzyła o bruk. Wojownik zmienił ułożenie broni, skrócił dwoma krokami dystans i błyskawicznie ciął po skosie od dołu. Ostra jak brzytwa klinga bez problemu przecięła ciało i kości, strażnik zawył z bólu, na ścianę bryznęła krew, po uliczce poniósł się głuchy huk ciała spadającego na ziemię. Pałkarze spojrzeli spłoszeni na trupa i rzucili się do ucieczki, lecz Rodiger nie zamierzał ich oszczędzać. Jeśli bandycka przeszłość czegoś go nauczyła, to że nie wolno zostawiać świadków. Rzucił się więc do najbliższego w szybkim, niedbałym ataku, pewny swojej przewagi.

                Nie docenił jednak swoich przeciwników. Przyparci do muru zadziałali odruchowo – jeden trzasnął napastnika w nadgarstek, wytrącając mu broń, a drugi zdzielił go w skroń, pozbawiając przytomności.

                Gdy NoraSylanna i Xanax dotarli na miejsce starcia, zastali tylko rozbryzg krwi na ścianie i ślady wleczenia.

                -Przeklęty debil – syknął  Xanax.

*

TL;DR

                Xanax, Sylanna, Nora i Rodiger są w Harrison’s Hold, gdy kończy się rewolucja Ilji Marklina. Ścięty został król, Ilja wprowadził nowego boga i ogłosił się dyktatorem. Rodiger odłączył się od grupy, by złapać złodzieja. Odzyskał swoje 22 monety i puścił niziołka wolno. Zatrzymała go straż miejska, której wyrwał się. Jednego ze strażników zabił, jednak dwaj pozostali dali radę go ogłuszyć (+1 XP dla Rodigera). Drużyna zastała tylko ślady wleczenia.

Comments

Jaggred Jaggred

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.